Pokazałabym ten film wszystkim tym, którzy coś w sferze publicznej, także w polityce, jak pan Czarnek, opowiadają o tym, że trzeba stworzyć modę na posiadanie dzieci, że każda kobieta ma mieć dziecko. To jest kino do pokazywania dla młodych ludzi, którzy po nim powinni dyskutować nad tym, co zobaczyli, czym jest partnerstwo i czy każdy musi być rodzicem. I jakie są konsekwencje naszych wyborów. Bo ten film po prostu daje do myślenia i obala masę stereotypów. Nie było chyba do tej pory, poprawcie mnie, jeśli się mylę, takiego bezkompromisowego obrazu macierzyństwa, rodzicielstwa, nieporadności i złości na raz.
Miało być pięknie, słodko, z dzidziusiem. Tym nas karmią. A w tym filmie oglądamy powolne rozczarowanie rodzicielstwem, byciem matka, niewolnica, kobieta, która zaczyna tracić kontrolę nad niemal wszystkim. Od samego początku, gdy widzimy główną bohaterkę, fenomenalnie graną przez Rose Byrne, mamy zapowiedź katastrofy, widzimy powoli tykającą bombę i do samego końca czekamy, by wybuchła. Linda jest sama. Z chorobą córki, z dziura w ścianie, ze swoja narastającą frustracją, mąz jest niemal zawsze poza domem, w pracy niezbyt jej idzie, znajomi traktują ją jak spluwaczkę na swoje nieprzepracowane emocje i problemy. A Linda? Jaka Linda? Kto to taki? Powoli ginie zawalona przez narastające problemy, z którymi, powtarzam, jest sama…jej towarzystwem zostają jedzenie, nałogi, niemoc i każdorazowe poczucie wstydu, że znowu upadła, nie obroniła się. Że to jej wina. Ze to ona daje ciała.
Takie historie nie kończą się happy endem, nie są też diagnozą dla wszystkich, bo wiele kobiet doskonale sobie radzi, ale są jak zimny prysznic. To kolejny film, który pokazuje macierzyństwo, bycie w związku, bez lukru, bez filtra, brutalnie, werystycznie, aż do bólu żołądka.
