Jaka piękna katastrofa. Pomysł na opowiedzenie o tytułowym piekle kobiet w latach międzywojnia, z widoczną analogią do współczesności jest świetny, gorzej z wykonaniem.
Mamy małżeństwo z warszawskich wyższych sfer, on jest wydawcą i dziennikarzem- fantastyczny, wieloznaczny Mateusz Damięcki, ona dziennikarką- Agata Turkot w poszukiwaniu sensu swej roli, prowadzą pismo kojarzące ludzi w ogłoszeniach matrymonialnych. W tajemniczych okolicznościach umiera po nieudanym zabiegu usunięcia ciąży siostra studenta medycyny- Hubert Miłkowski. Wszystko wskazuje na to, że związek z tym może mieć otoczenie wydawcy gazety albo nawet on sam. W tle narkotyki, palarnie opium, ciemne acz ustosunkowane i bezkarne towarzystwo, jest i płatna miłość, zła policja; jest zblazowana siostra wydawcy, czyli świetna i wyrazista Katarzyna Herman, jej córka- eteryczna, ale odważna Maria Kowalska, jej mąż przemocowiec czyli Piotr Polak, dziwny i sprytny ginekolog rodem z horroru- Jacek Poniedziałek, który jak zwykle kradnie każdą scenę, obowiązkowy dwulicowy i niedobry nacjonalista- Borys Szyc przerysowany jak w przedwojennym dramacie oraz Boy Żeleński, z którego pism zaczerpnięto tytuł serialu. Jest też środowisko klubu nocnego, a w nim tancerki wykorzystywane do innych, niż artystyczne, celów, jest też desperacka walka jednej z bohaterek o zajście w ciążę i przy okazji pokazanie tego, jak wyglądała opieka ginekologiczna tamtych czasów; mamy też młodą kobietę z dwójką nieślubnych dzieci, która szuka pracy, ratunku, sensu- bardzo dobra Bogumiła Bajor. Z pozoru jest tu wszystko, różne perspektywy, środowiska, kobiety z różnych warstw społecznych, dzięki którym widzimy, jaka była ich sytuacja wyjściowa, jak bardzo podlegały ograniczeniom, przemocy, uprzedmiotowieniu i jak bardzo są we władzy mężczyzn, którzy decydują o ich ciałach i życiu.
Zaczyna się świetnie, doskonale oddany klimat epoki, ale z odcinka na odcinek dominuje nad wszystkim chaos i przynajmniej w mojej głowie pojawia się pytanie- dlaczego tak to to zepsuto? Rozumiem, że publiczność nie zna dzisiaj takich filmów jak „Kabaret” czy seriali jak Babylon Berlin”, można im wcisnąć tanią pocztówkę zamiast kabaretu, z jego tajemnicami, garderobami, dziewczynami gotowymi na wiele, byleby tylko zaistnieć i jakoś przeżyć. To nie usprawiedliwia tego, że twórcy serialu poszli w bolesny schemat, łatwiznę, która jest do zniesienia na początku, by w ostatnich dwóch odcinkach, a szczególnie w tym ostatnim, pozbawić widza złudzeń na to, że zobaczy coś, co naprawdę go zaangażuje, da mu coś do myślenia, wzruszy nawet. To nie jest ani serial historyczny, ani tym bardziej poruszający problem społeczny, to momentami mocno niestrawna opowieść o miotających się postaciach, w większości zarysowanych bardzo schematycznie, wyciętych jakby z papieru, które wygłaszają z emfazą jakieś kwestie w pięknych dekoracjach, ale nas to w ogóle nie obchodzi. Te postacie nas nie obchodzą. Są jak z taniego komiksu, który udaje dramat. Naprawdę momentami myślałam, że tam wszyscy grają specjalnie tak, jak w dramatach kina międzywojnia, mocną, nawet czasem karykaturalną kreską narysowani, przerysowani, z obowiązkowym wytrzeszczem oczu w pakiecie, który to wytrzeszcz miał pokazać emocje. Ale nie, wtedy pojawiał się na przykład Damięcki, który desperacko szuka sensu, albo Herman, która tworzy kreację na jaką ten serial nie zasługuje. A ja zastanawiałam się, co tak właściwie oglądam.
Ten serial nie wie, czym ma być, czy pokazaniem brudów międzywojnia, czy jednak przemyceniem historii o uprzedmiotowieniu kobiet z wyraźna analogią do współczesności. Domyślam się, że poprawnie politycznie będzie zachwycać się „Piekłem kobiet”, bo przecież pokazuje, że nadal trwa uprzedmiotowienie kobiet, a walka o ich ciała i dusze rozkręca się na całego, ale ja poprawna politycznie nie mogę tu być. Bo można było zrobić świetną historię, gdyby ktoś usiadł i pomyślała choćby nad tym, czy nie ma zbyt dużo wątków, albo może podjąłby decyzje o tym, żeby odcinek dołożyć, żeby całość uratować.
Nie wyszło.
