12 grudnia 1981 roku, Joan Andrews, brytyjska profesor psychiatrii, grana przez dynamiczną Lesley Manville przylatuje na odczyt do Warszawy. Miasto jest szare, klaustrofobiczne, dziwne, tym bardziej dla kogoś, kto jeszcze kilka godzin temu był w Londynie. Z lotniska odbiera ją młoda dziewczyna, Alina, w tej roli dawno niewidziana Zofia Wichłacz. Stara się, jest miła, grzeczna, pomocna. Odczyt nie jest, delikatnie mówiąc, sukcesem, pani profesor zginęła walizka, na zewnątrz mróz, no daleko od doskonałości. Joan Andrew ląduje z mieszkaniu „zwykłych ludzi”, rodziny Anieli i zmęczona idzie spać.
Następnego dnia świat jest już inny. W Polsce ogłoszono stan wojenny. Ale Joan nic o tym nie wie, bo i skąd. Nie zna języka, jest sama w mieszkaniu, czeka na Alinę, która miała rano przyjechać, do sąsiadów wpada milicja a na zewnątrz stoi czołg w samym środku blokowiska unurzanego w śniegu i strachu…
Film Kasi Adamik na szczęście niczego nie romantyzuje, nie uładza, pokazuje stan wojenny, Polskę tych czasów, ludzi w niej mieszkających bez filtra, raczej unurzanych w duszącej mgle komuny. Świat jest szary, straszny, wzbudza przerażenie. Oglądając ten film ma się wrażenie duszności, zamknięcia w labiryncie, w sytuacji bez wyjścia, w której nikt nie może nam pomóc, choć Joan w końcu znajduje pomocną rękę, nawet więcej niż jedną. Polska gościnność i „jakoś to będzie” dają radę. Na ulicach zmarznięci ludzie stoją w kolejce po chleb i karpia, utyskują na rzeczywistość i boją się, choć nie wszyscy. W tym jeszcze jest opozycja, studenci, tajna agentura i wszechobecne poczucie strachu, podsłuchiwania, inwigilacji. Nastrój filmu budowany jest mistrzowsko, pomagają w tym zdjęcia, bardzo spójna strona wizualna filmu, która pomaga w tym, że widz w pewnym momencie czuje coś na kształt obręczy na szyi, która niebezpiecznie się zaciska. Bo Adamik nie opowiada na szczęście historii jak z Barei, ona opowiada thriller, coś na kształt mrocznej i strasznej mary, z której bohaterka filmu próbuje się obudzić.
To najlepszy film Adamik. Spójny, mocny, przemyślany o czymś. O człowieku w obliczu zagrożenia i niepewności, na obcej ziemi, w innym kraju, bez znajomości języka, w świecie, w którym niemal nic nie jest tym, czym się wydaje. A do tego Joan jest psychiatrą, wizyta w Polce, w tym dokładnie momencie jest jak odwiedziny w domu dla nieuleczalnie chorych, w domu wariatów, w którym wszyscy jakoś nauczyli się funkcjonować, bo po prostu nie mają innego wyjścia. Psychiatria w czasie rzeczywistym. Potworne doświadczenie.
Bardzo ten film polecam.
