Opowieść Jima Jarmuscha o relacjach. Ich nieporadności, kruchości, czasem nachalności, o rytuałach, czasem wymuszonych, ale obecnych. Trzy historie. Każda inna, ale jest wiele punktów wspólnych.
Najpierw ojciec, do którego przyjeżdżają dzieci, córka i syn. Kiedy córka jest co do tatusia sceptyczna, syn okazuje się tym ukochanym, jedynym synem, który o ojca dba, posyła kasę, robi zakupy, wszak tatuś taki biedny. Czy na pewno? Ojciec mieszka sam, jest wdowcem z przeszłością, ma wiele na sumieniu, ale pamięć to jedyne, co łączy go z dziećmi. I troska. Czasem na pokaz, ale jednak obecna.
Jest też matka dwóch córek, mieszkająca w pięknym, starym domu, która z trudem, ale znosi bycie troskliwą matką raz w roku, na tradycyjnej herbatce z ciasteczkami.
Na koniec rodzeństwo, bliźniaki, które jadą do Paryża, aby pożegnać się na zawsze z mieszkaniem, w którym mieszkali wiele lat z rodzicami, którzy zginęli w katastrofie lotniczej. Trzeba będzie posprzątać, obejrzeć to, co po nich zostało.
Dla mnie to delikatna i nienachalna opowieść o tym, że trzeba mieć fizyczne zdjęcia swoich ukochanych. Postawić je na regale, trzymać w albumach, po prostu mieć. Żeby ich dotknąć, wsadzić w portfel, nie dać zabrać sobie pamięci. Motyw zdjęć, jak i picia herbaty, toastu, kompozycji kolorystycznej i wielu innych przewija się przez ten niezwykły, subtelny, zmuszający do refleksji film. Coraz mniej takich filmów zrobionych nie pod kontent czy kliki. Ten skłania do myślenia, wzruszeń i miłości. Wspaniale.
