Naprawdę chciałam dać szansę. Po buńczucznych wywiadach twórców, przekonanych o swojej wyjątkowości, oryginalności i oczywiście wybitnym talencie, poczułam dreszcz grozy, ale pomyślałam, że może za mocnymi słowami i zapowiedziami naprawde stoi coś więcej niż dobre samopoczucie. Ale nie na darmo jest takie przysłowie o tym, że pycha kroczy przed upadkiem. Film “Dziki” powinien być w encyklopedii jako jego ilustracja. Technicznie jest to koszmar- nieporadnie sklecone widoczki z ogromną masą coraz bardziej absurdalnych zbliżeń aktorów, do robienia których naprawdę nie trzeba jechać w góry. Reżyseria- ja rozumiem, że gdybyśmy rozmawiali o kimś, kto dopiero uczy się zawodu, można by powiedzieć, że to skucha debiutanta, do tego za miliony, ale tutaj mamy do czynienia z kimś, kto poucza w wywiadach kolegów po fachu, ale po “Dzikim” widać, że sam powinien szybko zrobić kurs “nauka reżyserii w weekend”. Może by mu pomogło i zrozumiałby, że reżyseria to przede wszystkim opowiadanie historii, to narracja, to praca z aktorem, to wykreowanie świata na taśmie filmowej. Reżyserii tu nie ma, bo to, co widzimy na ekranie przez ponad dwie godziny jest jedynie chaotycznym skleceniem przeróżnych, niepasujących do siebie scen i fragmentów, to nie jest opowieść. Coś, co miało być nawiązaniem do światowego kina, bo tak było mi zapowiadane, jest kwintesencją nieporadności i drażniącego chaosu przykrytego muzyką. A szkoda, bo góry ładne. Szkoda, że ich tak mało. Na koniec aktorzy. Smutno się patrzy na Fabijańskiego czy Lichotę, którzy robią, co mogą, żeby w tym czymś znaleźć jakikolwiek sens. Panowie, w przeciwieństwie do reżysera, znają się na swojej robocie doskonale i nie odwalają kiszki, ale z pustego to nawet Fabijański z szaleństwem w oczach z Lichotą nie naleją. Nawet jeśli scenariusz, co jest z dumą oznaczone, konsultował specjalista od scenariuszy i krytyk filmowy, Michał Oleszczyk. Czegoś tu nie pojmuję, może panowie podczas owych konsultacji mówili różnymi językami, może jeden mówił a drugi rysował, albo Kawulski mądrzejszego nie posłuchał, choć może lepiej nie wchodzić w szczegóły. Ale mam nieodparte wrażenie, że nie będzie “Dziki” najjaśniejszym punktem w zawodowym życiorysie Oleszczyka.
Szkoda. To parodia filmu, parodia kina, góra tandety i kiczu, stracona szansa, pokaz buty i nieudacznictwa. Ja żałuję dwóch godzin. I pewnych nadziei, które miałam z tym filmem związanych. Choć może jest ratunek: ścinamy całość do 45 minut, bo na tyle jest tu historii, zdejmujemy tę nachalną muzykę z tła a zamiast tego w offie jest Czubówna i dajemy to na zasięgowy kanał podróżniczy na YT. Oglądałabym.
